
26
kwietnia 1478 roku, w piątą niedzielę po Wielkanocy mało brakowało, by
historia włoskiego renesansu, a może nawet całej Europy, potoczyła się
inaczej. Przy głównym ołtarzu katedry florenckiej zgromadziła się owego
ranka znamienita i harda miejscowa szlachta pod przewodnictwem
niekwestionowanego mocarza Republiki, Lorenza de Medici, zwanego Il
Magnifico. W kulminacyjnym momencie mszy, kiedy kapłan podniósł kielich z
poświęconym winem, spiskowcy wyciągnęli ukryte pod płaszczami sztylety i
rzucili się na rodzinę mecenasa.
Ta
historia nie jest literacką fikcją, ta historia zdarzyła się naprawdę.
Kiedy pomyśli się, jak niewiele brakowało, aby historia potoczyła się
inaczej, to po raz kolejny uświadamia się sobie, jak ogromny wpływ na
losy człowieka, a nawet całych społeczności może mieć przypadek (fatum).
Strata jednego istnienia w kontekście historii nie znaczy zbyt wiele,
jednak strata kogoś, kto wywarł takie zasługi dla renesansowej Florencji
i renesansowej Europy mogłaby odwrócić bieg historii, albo opóźnić go o
kilka dziesięcioleci.
Quattrocento
oznacza epokę sztuki, której początek miał miejsce w 1400 r. Książka
opowiada historię śledztwa prowadzonego przez hiszpańską doktorantkę
Anę, która prowadząc badania na temat jednego z piętnastowiecznych
malarzy florenckich próbuje rozwiązać tajemnicę spisku. Spisku, w
efekcie którego życie stracił Giuliano de Medici a Florencja spłynęła
krwią ofiar i ich zabójców.
Zamierzałam
go zapytać, jak to możliwe, że w epoce odnowy naukowej i ponownych
narodzin rozumu i wiary w człowieku doszło do tak skrajnego
barbarzyństwa [chodzi o masakrę w katedrze, która zdecydowanie
prześcignęła w brutalności i zaciekłości wszystkie inne okrucieństwa].
Przypomniałam sobie jednak okropności wojny w Iraku, z którymi
przyzwyczaiłam się jeść śniadanie każdego ranka czytając prasę, i
doszłam do wniosku, że nikt w dzisiejszych czasach globalnego cmentarza
nie ma prawa oburzać się z powodu aktu przemocy popełnionego ponad pięć
wieków temu.
Akcja książki prowadzona jest dwutorowo. Uczestniczymy razem z Aną i jej promotorem Gulio w badaniach naukowych nad obrazem Madonny z Nievole,
którego ukryte znaki, tajemne symbole mogą stanowić klucz do
rozwiązania zagadki, kto stał za zbrodniczym zamachem we florenckiej
Santa Maria del Fiore. Ale już za chwilę zostajemy przeniesieni pięć
stuleci wcześniej do pracowni przy via Ghibelina, aby wraz z Lucą,
młodym uczniem, znanego renesansowego malarza (powołanego na potrzeby
powieści) nabywać doświadczenia w trudnej sztuce malowania obrazów i
jeszcze trudniejszej sztuce życia.
Obok portret Guliano de Medici pędzla Bronzino
Książkę można nazwać powieścią detektywistyczną z historią w tle.
Autorkę
(z wykształcenia historyka) do napisania powieści zainspirowały
niedawne odkrycia naukowe, zgodnie z którymi za spiskiem na Medyceuszy
obok papieża Sykstusa IV i przedstawicieli możnego rodu Pazzich stał
inspirator, któremu przez ponad pięćset lat udało się pozostać w cieniu,
człowiek, którego portret namalowany przez jednego z najwybitniejszych
malarzy renesansu wisi w Galerii Uffizi. Oczywiście nie zdradzę jego
nazwiska, aby pobudzić ciekawość tych, których pasjonują historyczne
opowieści i naukowe odkrycia a do tego nutka tajemnicy.
Książka
wspaniale oddaje klimat piętnastowiecznej Florencji nie tylko poprzez
topograficzne odniesienia, ale także poprzez opis zwyczajów jej
mieszkańców i historycznych wydarzeń. Czytając miałam przed oczyma
między innymi; wnętrze Katedry Florenckiej, w której dokonano
kwietniowego zamachu, warsztaty mistrzów malarskich na via Ghibelina,
gdzie bywali Verrocchio, Botticelli, Leonardo da Vinci, Pallazzo Medici
świadka spotkań najwybitniejszych umysłów epoki, a także Pallazzo Della
Signoria, z którego okien spuszczono doczesne szczątki zabójców.
Ana
odkrywając potencjalnego inicjatora spisku oraz motywy jego działania,
odkrywa też implikacje, jakie mogą wywołać we współczesnym świecie
powiązania pomiędzy wysłannikami Watykanu, bankierami oraz tajemniczymi
średniowiecznymi organizacjami. Wszystko to stanowi jedynie pretekst do
ukazania ludzkiej żądzy władzy oraz pieniądza.
Książka
wciągnęła mnie od pierwszej strony i trzymała w napięciu niemal do
samego końca. Niestety zakończenie moim zdaniem jest nieco słabsze,
poprzez wprowadzenie nie służącemu treści akcji wątku romansowego.
Autorka
chcąc zapewne uczynić historię zauroczenia Any profesorem, bardziej
niezwykłą i poetyczną wprowadziła do opisu zdania wielokrotnie złożone.
Kiedy czytałam jedną stronę kilkakrotnie nie mogąc zrozumieć treści
odkryłam, iż jedno zdanie zajmuje całą stronę. Pokusiłam się nawet o
policzenie wyrazów; było ich 205 w jednym zdaniu. A takich zdań pod
koniec opowieści autorka serwuje nam kilka. Uważam, że niczego nie
tracąc można opuścić tę część opowieści.
Poza tym jednym mankamentem uważam, iż jest to bardzo ciekawa książka.
Mnie zauroczyły także opisy malarskie; wyrobu farb, przygotowania warsztatu, tworzenia oraz zmysłu obserwacji.
Malarz
porusza się wśród pigmentów barw płynnie jak duch. Sam rozdrabnia korę,
cynober, malachit, ziemię, ziarna, żeby otrzymać dokładnie ten odcień,
którego pragnie; żółtą ochrę, roślinną czerń, biel ołowiową… zupełnie
jak młynarz. Zna najlepsze oleje, z nasion lnu i orzechów, wie, jakie
drewno powinien wziąć na deski, zależnie od rodzaju gruntowania. Powleka
je mastyksem i oczyszczoną terpentyną, daje dwie, trzy warstwy aqua
vitae, w której uprzednio rozpuścił trochę arszeniku, następnie stosuje
gotowany olej lniany tak by dotarł do wszystkich szczelin, i zanim
ostygnie przeciera deskę szmatą do sucha. Na to nakłada płynny biały
werniks, a potem przemywa uryną. Malarz może zajmować się godzinami tą
rzemieślniczą pracą, a jednocześnie jest czarodziejem, który chwyta
trajektorię ruchu obserwując jedynie nachylenie światła nad płótnem.
Moja ocena 5/6
Zdecydowanie moje klimaty, szkoda tylko że twierdzisz iż zakończenie jest słabe, ale patrząc na ocenę tp chyba jednak warto sięgnąć :)
OdpowiedzUsuń